„Pilot do samego siebie to najpotężniejsze narzędzie”

Marta Ploch Marta Ploch

Andrzej Tucholski – psycholog biznesu i twórca internetowy z dziesięcioletnim stażem. Autor kursu uczenia się dla dorosłych, stworzonego w oparciu o psychologiczne mechanizmy przyswajania wiedzy. O potencjale autorefleksji, fałszywej teorii inbox zero, i o tym, jak pokonać pustą kartkę rozmawia Marta Ploch.

 

Patrząc na Twoje resume, trudno uwierzyć, że Twoja doba ma tyle samo godzin, co znakomitej większości ludzi. Jak udaje Ci się to wszystko zorganizować, opanować, i osiągnąć?

 

Odpowiem anegdotą. W szkole miałem ogromne problemy z matematyką. Popełniałem czeskie błędy – źle postawiony przecinek, tym podobne – głównie z braku koncentracji. Uparłem się, że poprawię wyniki, bo wiedziałem, że potrafię. Moim pierwszym pomysłem było: nauczyć się nie robić błędów. Wtedy moja średnia jeszcze bardziej się pogorszyła, bo nie nadążałem pisać sprawdzianów – tak skrupulatnie je pisałem, że pani nauczycielka mówiła „dziękuję, odkładamy długopisy” a ja byłem na trzecim zadaniu z ośmiu. Wobec tego zastosowałem drugą metodę, to znaczy, postanowiłem pracować tak szybko, jak się da, by mieć czas potem poprawiać. I moja średnia się podniosła, i utrzymała tak do końca szkoły i obu kierunków studiów. Nauczyłem się, że dużo lepiej działam pracując bardzo szybko, ‚na brudno’, nawet z błędami – i od tamtej pory taką metodę stosuję w pracy. Nauczyłem się wszystko robić szybko – szybciej pisać, czytać, rozwiązywać problemy strategiczne – i sporo czasu potem poświęcam na redagowanie tego, co zrobię. Generalnie – szybka praca jest kluczem, żeby robić to wszystko, i mieć przy okazji czas na niezbędny sen i życie prywatne.

 

Przeczytałam kiedyś u Ciebie, że zrobione jest lepsze od idealnego.

 

Jest takie powiedzenie wśród pisarzy, że bardzo ciężko się redaguje pustą kartkę. Mój blog tak powstaje – każdy post tworzę tak szybko, jak tylko potrafię napisać (pomijając oczywiście research, mam na myśli już samo „stukanie w klawiaturę”). To jest brzydkie, raczej takie kodowe hasła niż artykuł. Ale dzięki temu zamiast pisać osiem godzin, piszę to w dwie, a późniejsza redakcja trwa też dwie. Jeśli od razu planujemy robić na czysto, to włączają się po pierwsze – wielkie oczekiwania, pod drugie – perfekcjonizm, po trzecie – samokrytyka. A robiąc na brudno pozwalamy sobie na odstresowującą myśl, że „i tak tego nikt nie przeczyta” i tworzymy swobodnie.

 

Wiem, że stosujesz w pracy metodę GTD, czyli Getting Things Done.

 

GTD uczy priorytetyzacji. Daje bardzo konkretny plan na pracę: kiedy pojawia się jakakolwiek nowa rzecz do zrobienia, zadaję sobie jedno pytanie – czy ta rzecz zajmie mi mniej niż umowne 5 czy 6 minut? Jeśli tak, robię to od ręki. Jeśli zajmie dłużej, trafia do rubryczki inbox – tu są sprawy wpadające na bieżąco, dość pilne, które wiem, że zajmą więcej niż te parę minut. Codziennie około dwóch-trzech godzin spędzam na reagowaniu na takie sprawy. To jest samo życie – jeśli ktoś planuje 100% swojego czasu, to z pewnością się zawiedzie. Ja planuję maksymalnie 60%, a miękkie 30 do 40% rezerwuję na tak zwane „pewnie coś wypadnie”. Taka amortyzacja – zakładam, że będzie źle. Można by to nazwać praktycznym pesymizmem, ja uważam, że bliżej temu do pragmatyzmu. Nie zakładam, że się nie uda, po prostu zakładam, że będzie trudno. Podstawą GTD jest rozróżnienie na sprawy bardzo krótkie, te średniego zasięgu, i odgórnie zaplanowane. Co więcej, GTD jest doskonałą nauką asertywności i delegowania.

Andrzej Tucholski na tle mostu w San Francisco

 

Wspomniałeś, że nauczyłeś się strategizować w życiu codziennym. Gdybyś miał wybrać tylko trzy techniki, które mogą zoptymalizować pracę i czas na nią poświęcony, które byś wybrał?

 

Jako psycholog mam ochotę odpowiedzieć grubymi kalibrami – po pierwsze, nauczyć się stoicyzmu, po drugie – samoakceptacji, a po trzecie empatii. Ale to są zagadnienia, nad którymi bardzo ogólnie, jako cywilizacja, powinniśmy pracować. Natomiast takie trzy praktyczne rozwiązania to, po pierwsze: zastanawiać się nad sensem tego, co robię. Niewiele osób to stosuje, a z punktu widzenia psychologii wartość związana z oceną sensu naszej pracy to absolutna podstawa, żeby czuć motywacje, energię, chęć działania w tym, co robimy. To nie znaczy, że ma nam się chcieć tylko, jeśli przy okazji ratujemy świat, ale jeśli chociażby robimy coś, żeby odciążyć drugiego pracownika – to już jest sto razy milsze niż gdy robimy coś, „bo tak”. I takie działanie, powiązane z pozytywnym nastawieniem, które mamy do kolegi, nagle sprawia, że jest dużo sympatyczniej robić nawet coś nudnego.

Druga taktyka, którą każdemu bardzo doradzam – zachować duży dystans. Podstawa stoicyzmu – brać świat, jakim jest, akceptować to, że czasem coś nie wychodzi, trzeźwo oceniać, nie to, jak powinno być, ale jak jest – tu i teraz, i jakie mogę podjąć kroki, żeby zacząć naprawiać dany problem.

Trzecia kwestia. Ja na przykład bardzo lubię zadawać pytania moim problemom. Nauczyłem się trochę kłócić z własną intuicją. Generalnie lubię moją intuicję, dobrze mi służy. Ale często mam problem, z którym intuicyjnie nie wiem co zrobić. Nauczyłem się wtedy zadawać pytania problemom. Na przykład zapytać samego siebie – z którą z tych opcji będę się czuł najgorzej? Która z tych opcji będzie nadal ciekawa, jeśli za rok będę już w innym miejscu w życiu? Którą doradziliby mi znajomi? Co by zrobił na moim miejscu człowiek, który jest dla mnie autorytetem?

 

Właśnie. Skoro już o autorytetach – miałeś okazję przeprowadzać wywiady z Robertem Cialdinim, z Chasem Jarvisem, z Jackiem Santorskim. Znalazłeś jakiś wspólny mianownik u osób, które są dla Ciebie wzorami, który starasz się u siebie implementować?

 

U wszystkich tych osób zaobserwowałem ogromne zrozumienie dla świata. To chyba zaimponowało mi najbardziej. Profesorowie Strelau, Wojciszke, Santorski – wszyscy mają pewne mocne przekonania na temat świata, a zarazem wykazują się dużym zrozumieniem dla wszystkich innych podejść. Nie wyobrażam sobie, żeby mieli wzruszyć ramionami i powiedzieć o kimś innym: „Nie rozumiem, jak można tak myśleć.” Szanują swoich oponentów, a jednocześnie mają argumenty, żeby postępować tak, jak postępują. Wydaje mi się, że wymaga to dużej dojrzałości – zaakceptować ogrom innych podejść i poglądów.

 

Współczesne autorytety to również kult coachów – tych medialnych, spektakularnych. Lubimy posłuchać, jak ktoś charyzmatyczny nas postrofuje i wytknie, jacy to jesteśmy leniwi?

 

Cieszę się, że psychologia jest coraz bardziej popularyzowana, choćby dlatego, że nikną negatywne skojarzenia związane np. z terapią. Ale drugą stroną medalu jest to, że wiele zagadnień psychologii jest mocno przeinaczanych, na przykład – zachłystujemy się takim amerykańskim, „na siłę” pozytywnym podejściem do motywacji. A z mojej obserwacji wynika, że ludziom lepiej robi pozwolenie sobie na odczuwanie smutku, słabości, gniewu. Ignorowanie ich jest jak pomalowanie rdzy farbą i łudzenie się, że ona nie wyjdzie w kolejnym sezonie. Smutek, gniew, żal trzeba zaakceptować, poszukać ich źródła. Czujesz gniew? Super, gniew może Cię zmotywować. Pytanie, skąd się wziął? Jak to pojmiemy, mamy szansę podjąć kroki, które sprawią że za miesiąc, dwa, trzy będzie już trochę lepiej. A „trochę lepiej” w rozrachunku długofalowym jest sto razy lepsze niż pięć minut na „haju” motywacyjnym.

 

selfie Andrzeja Tucholskiego

 

Żeby pracować nad dyscypliną, trzeba się pilnie obserwować?

 

Gdybym miał swoje powiedzonka, to pewnie jedno brzmiałoby tak, że najlepszym przyjacielem człowieka jest jego notes i długopis. Jeśli mamy dylemat, to najlepszym, co można zrobić jest autoanaliza. Każdy może odpowiedzieć na pytanie: czemu jest mi źle? Czy mam pomysły, jak mogę to rozwiązać? I, czy jeśli zastosuję to rozwiązanie, to przestanie mi być źle? Bo paradoksalnie, jak zadamy takie podwójne pytanie, to się okaże, że połowa tych pomysłów mija się z celem. Kiedy człowiek nauczy się gadać ze sobą, dochodzić do jakichś wniosków, to będzie miał najpotężniejsze narzędzie, jakie można mieć – czyli pilot do samego siebie.

Ja jestem typem człowieka, który przy każdym artykule ma wrażenie, że już zapomniał, jak się tworzy i na pewno nie napisze niczego, co miałoby sens. Dzięki Bogu od 1300 notek na blogu okazuje się, że jednak te obawy są niesłuszne. Ale i tak nadal mnie onieśmiela siadanie przed tą czystą kartką papieru, tylko, że nauczyłem się znać i przewidywać moje stany. Znam swoją frustrację w momencie, gdy tekst czeka, a jeszcze nie wyklarowała się myśl przewodnia. Kiedyś mnie to denerwowało, bo jedynym wnioskiem z tych stanów była myśl ”pewnie nie dam rady”. Teraz, po latach, moją reakcją na frustrację jest raczej ‘o, fajnie!” – bo wiem, że jeśli teraz to czuję, to pewnie w ciągu godziny minie, bo zdenerwuję się na ten temat na tyle, że go wreszcie napiszę.

W tym momencie nie muszę już wierzyć, że mi się uda, ja po prostu wiem – bo jeśli coś wydarzyło się pięćset razy i miało ten sam przebieg, to za pięćset pierwszym najprawdopodobniej wydarzy się identycznie.

 

Czyli znajomość swoich podstawowych mechanizmów pozwala przewidywać i mitygować nasze słabe strony. A czy są jakieś mity na temat produktywności, które Cię irytują?

 

Sporo, niestety. Są dwa, na których temat ostatnio sporo myślę. Jeden – ludzie sądzą, że jeśli w ciągu godziny mogę odpisać na trzydzieści maili, to znaczy, że w ciągu ośmiu godzin odpiszę na dokładny mnożnik tej swojej bazowej metryki. Ludzie kreatywni często sądzą, że pracując te pięć godzin dłużej będą w stanie zrobić „o pięć godzin więcej”. Nie do końca tak jest. Jedną z najlepszych porad jakie można komukolwiek dać to „śpij dłużej”. Wyspany jestem w stanie wykonać tę samą ilość zadań w cztery, a nie osiem godzin, plus mam dobry humor, nie jestem sfrustrowany, nie potrzebuję stu kaw dziennie, mam ochotę się spotykać z ludźmi, i tak dalej.

Stoi to w kontrze do popularnej wizji zapracowanego człowieka pod tytułem: „nie, nie wyśpię się, wyłączę powiadomienia, i będę ciężko pracować przez osiem godzin”. Powiadomienia są super. Dzięki nim możemy raz na jakiś czas przez pięć minut pogadać ze znajomymi. To też inspiruje. Słuchając innych czuję, że te cylindry w moim silniku zaczynają pracować, zbieram się do jakiejś myśli, i potem stopniowo wpadam w stan, gdzie mogę pracować bez przerwy, zapominając, żeby zjeść. Ale ponownie, trzeba poznać siebie, bo są też ludzie, którzy nie wpadają w taki flow, albo nie wpadliby w niego taką ścieżką jak ja- te rozmowy zbytnio by ich rozproszyły, pochłonęły, wybiły z równowagi. Zawsze dobrym pomysłem jest zastanowić się, jaki ja mam styl.

 

Drugi mit. Coś, co nazywam „wyzwaniami -osypiskami”, czyli np. maile. Jestem produktywny, bo odpisałem na pięćset maili. Przecież za chwile będzie pięćset nowych! To trochę jak próba zamiatania piachu z ulicy przy samej wydmie. Przecież i tak nasypie nowego. Lepiej trochę poodkurzać, ale też trochę pomyśleć – a co zrobić z samą wydmą? Nadal wiele osób myśli, że produktywny, aktywny dzień, to musi być siedem spotkań i odpowiedzenie na pięćset maili. Pytanie tylko – co z nich wynikło? Jeśli nasza funkcja to reprezentant handlowy – to jasne, nasze maile mają pewnie dużą wagę, ale już dla osoby pracującej w finansach, twórczej, czy piszącej scenariusze, artykuły, robiącej research, to prawie na pewno jest to iluzja pracy i równie dobrze możnaby posiedzieć na Instagramie. W takich wypadkach ważne jest trenowanie asertywności, delegowania, a także strategicznego rozwiązywania problemów – bo skoro non stop ktoś czegoś ode mnie chce, to znaczy, że być może moja funkcja jest źle zdefiniowana?

 

Piotr Bucki w naszym poprzednim wywiadzie mówił, że mylimy zajętość z pracą. Wrażenie zajętości daje nam poczucie, że robimy coś pożytecznego?

 

Ludzie mają problem z brakiem zajętości, bo czują wtedy, że się lenią, jakby to było coś złego. Ja lubię się polenić. Jeśli mam do napisania tekst, to jaki mam wybór: mogę przez czterdzieści minut poodpisywać na maile, wyglądając bardzo poważnie, mieć przed sobą otwarta czarno-białą stronę, więc ludzie pracujący dookoła widzą, że teoretycznie nie próżnuję. Jeszcze powinienem mieć obok siebie wiecznie parujący kubek kawy i co 5 minut odbierać telefony. Mógłbym, ale szczerze mówiąc, to nie byłoby w porządku w stosunku do ludzi, do których piszę, bo nie jestem w stu procentach skupiony, jestem w takim zabieganiu zamyślony. O wiele lepiej, gdybym wziął książkę, usiadł, dziesięć minut poczytał jakiś kryminał, zresetował mózg, podszedł do okna, popatrzył na świat, odpoczął – nie dość, że później dużo szybciej napiszę ten tekst, to potem odpiszę ludziom dużo bardziej rzetelnie, a nie tak, żeby ich po prostu zbyć.

 

Wróćmy jeszcze do zagadnienia prokrastynacji. Tu też są dwie hipotezy. Jedna krąży wokół tak zwanego układ nagrody, i naszego instynktownego dążenia do unikania przykrych bodźców; druga mówi, że winne jest wcale nie lenistwo, tylko lęk. Przed niesprostaniem oczekiwaniom, zrobieniem czegoś niewystarczająco dobrze.

 

Moja osobista teoria jest taka, że prokrastynacja bierze się z braku sensu. Sens jest kontekstem, przez który patrzymy na cały świat. Jeśli nie wiem czemu piszę jakiś tekst, to będę prokrastynował jak dziecko w podstawówce. Jeśli się zatrzymam i pomyślę „ok, chociaż aktualnie nie chcę tego pisać, to dzięki temu, co napiszę, będę miał otwartych kilka drzwi do przodu, ze strategicznego punktu widzenia to jest bardzo mądra decyzja, plus poznam fajnych ludzi” – to nagle się jednak zbiera. Przestaje mnie kusić spacer czy komórka. Bardzo to ludziom doradzam, stale poszukiwać tego sensu. Cała psychologia Frankla czy nawet Maslowa opiera się na patrzeniu na życie przez pryzmat znaczenia. Wydaje mi się, że im bardziej człowiek zagłębi się w wewnętrzny sens swoich działań tym mniej będzie prokrastynował, i dotyczy to zmian w każdym obszarze życia – fizycznym, zawodowym, czy pracy nad charakterem.

 

Andrzej Tucholski jest psychologiem biznesu, autorem bloga www.andrzejtucholski.pl, twórcą autorskiego kanału na YouTube, współtwórcą serii wywiadów z legendami polskiej i światowej psychologii, realizowanej we współpracy ze Szkołą Wyższą Psychologii Społecznej, autorem szkoleń i kursów nauki. Najnowszy – kurs uczenia się dla dorosłych, oparty o jego autorską metodę PROPS – znajdziecie tu:  link do bloga

Marta Ploch

Marta Ploch

Studiowała neuropsychologię kliniczną na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wiedzę praktyczną zdobywała na Oddziale Neurochirurgii SPCSK Banacha i w Klinice Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego. Wolny czas spędza żałując, że nie ma wolnego czasu.

profil mezczyzny z grafika polaczen neuronalnych

Czym są suplementy prokognitywne – i w czym mogą Ci pomóc?

Kawa, cukier, nikotyna. Sięgamy po nie, żeby dodać sobie energii, odstresować, poprawić humor. Jednak istnieją substancje, które optymalizują nasze funkcjonowanie […]

Marta Ploch Marta Ploch
skupiony mężczyzna zapisujący dane na tablicy

Stany skupienia. Kilka patentów na poprawę koncentracji

Praca umysłowa w dzisiejszych czasach jest nie lada wyzwaniem. Pracujemy intensywnie i długo, jednocześnie zajmując się kilkoma sprawami jednocześnie. Nasz mózg nie jest jednak stworzony do multitaskingu.

Marta Ploch Marta Ploch
mężczyzna słodzący kawę łyżeczką cukru

Cukier to podstępny wróg. Zrozum go i pokonaj, a będziesz mniej zmęczony i zestresowany

Znasz ten scenariusz? Zmęczony, zdenerwowany czy w tak zwanym „dołku” odruchowo sięgasz po słodycze. Czekolady, batoniki, cukierki. Napoje energetyczne o […]

Marta Ploch Marta Ploch